Nasz pierwszy wychowawca

szkoła |miasto |wojna

„Nasz pierwszy wychowawca był bardzo surowym pedagogiem. Nie stawiał wprawdzie dwój, w zamian jednak wszelkie niedostatki wiedzy i przewinienia kwitował dawaniem tak zwanych łap.
Zgodnie z rytuałem delikwent musiał wyciągnąć przed siebie rękę z odwróconą do góry dłonią. Nauczyciel walił w nią na płask swą profesorską Unią. Stosował niezmienną taryfę. Pamiętam, że na przykład za gadanie na lekcji fasowało się pięć „łap".
Przyznaję, nielicho dostawałem za swoje. Z domu wyniosłem umiejętność czytania. Jako tako pisałem i potrafiłem już trochę rachować. Toteż na wielu lekcjach setnie się nudziłem, często przeto trafiałem pod karzącą linię. Niemal codziennie wracałem do domu z obrzmiałą prawą ręką. Według bowiem niepisanego kodeksu uczniowskiego trzeba było zawsze podstawiać tę samą dłoń. Zmianę jej społeczność klasowa traktowała jako widomy znak słabości i tchórzostwa. Najlepszym ponoć środkiem zmniejszającym ból w czasie egzekucji miała być kalafonia. Nacieraliśmy nią dłonie przed każdą lekcją.
Trafiało się czasem, że sprawca jakiegoś figla czy psoty nie został wykryty. Wtedy wychowawca stosował zasadę zbiorowej odpowiedzialności, aplikując całej klasie odsiadkę, czyli kozę po lekcjach. Wyprostowani, z rękami założonymi na plecach, tkwiliśmy nieruchomo w ławkach pod czujnym okiem wychowawcy przez całą niemal godzinę. Cierpieliśmy solidarnie i nikt nigdy nie wydał prawdziwego winowajcy.“(4)

<<<< Nic dziwnego że na przełomie lat pięćdziesiątyc | - Może zdejmiemy marynarki >>>>

Dam pracę |Pacyfik |nagrobki