- Może zdejmiemy marynarki
„— Może zdejmiemy marynarki — przerwał nagle pan w panamie. — Taka spiekota, że nie można wytrzymać. Na pewno będzie padało, nie dziś, to jutro.
—Dobrze.
Więc i autor i on zdjęli marynarki i zawiesili je na oparciach krzesełek. Pan w panamie zrobił to nie wstając. Ruchy jego były w dalszym ciągu celne i ptasie. Wyjął jedno ramię z rękawa, potem szarpnął drugim, i oto wreszcie odrzucił marynarkę w tył, za siebie. Rozpiął kołnierzyk i rozluźnił krawat, zsuwając go w dół niemal do połowy piersi — w sposób poniekąd też cudzoziemski.
— Feeria! — mówił dalej. — Nie wiem, czy potrafię panu to opisać. Opisać, jak życie wygląda z tego oto dachu. Siedzieliśmy z panną Barbrą na leżakach, i wtem wzeszedł księżyc. Wie pan, że teraz jest pełnia. Noc z początku była ciemna, zdawało się nam, że jesteśmy pogrążeni w atramencie. Niczym w kałamarzu dosłownie. Te różnokolorowe lampki świecące pod nami w ogródku i oświetlające skąpą czerwienią czy błękitem te oto puste stoliki — tylko mrok jakby potęgowały. Wtem coś takiego się stało, i myśmy się z Barbrą nawet wzdrygnęli i podnieśli głowy do góry. To zza chmur wyłonił się księżyc. Będzie chyba niedługo wojna, bo takie krwawe zjawisko musiało coś niedobrego wróżyć. Pan chodził na pewno wówczas po ulicach miasta i jak wszyscy przechodnie patrzył sobie pod nogi. Więc nie zauważył, jak ten księżyc wczoraj wyglądał. Rana! Nie gojąca się rana. I od razu zorientowaliśmy się czy przypomnieli sobie, że na dole płynie rzeka. Bo przedtem była tam tylko ciemna plama. Nicość. I oto zajaśniały i zamigały na niej krwawe błyski, zaznaczające leniwe, płytkie fale. Opary czy też dym na drugim brzegu przysłaniały, w każdym razie tłumiły, latarnie i inne światła miejskie — i oto naraz cpary te się zaróżowiły. Fantastyka! Gdyby ktoś nam powiedział i przypomniał, że tam, na drugiej stronie jest ulica Złota, Karcelak lub dajmy na to inna kolumna Zygmunta — roześmielibyśmy się tylko! A co było tutaj, w tym ogródku! Nagle zobaczyliśmy, że z ciemni drzew wychyla się i jakby rośnie ten na wpół zrujnowany, zniszczonyteatrzyk, nie wiadomo na jaki występ artystyczny czekający. Zastygł, mówię panu, jak widmo — zalany księżycem i też przeto jakby skrwawiony. W restauracji pod naszymi nogami oczywiście grał gramofon. Fantastyka! Ale, jak to przeważnie bywa, fantastyczność otoczenia jest niczym wobec fantastyki ludzkiej. Zaraz panu opowiem. Wchodzi na dach — tam są schodki, na prawo od lady, nie wiem, czy pan zauważył — więc wchodzi na dach Waldemar i kładzie na stolik rachunek. Nic nadzwyczajnego, zasiedzieliśmy się. Samiśmy nie zauważyli, jak zapadła noc. No i alkohol. Waldemar po swojemu wyszczerzył zęby, podreptał koło nas i coś mruknąwszy z założonymi w tył rękami — pamiętam to, bo z tyłu widać było białą plamę serwetki — zszedł z powrotem po schodkach na dół. Powiedziałem mu, że dopijemy tylko nasze kieliszki i już idziemy. W dalszym ciągu zdawałoby się — nic nadzwyczajnego. Wtem panna Barbra mówi“(5)