- Chyba uzbraja pan całą
„— Chyba uzbraja pan całą armię — zauważył żartobliwie Peabody. — Mój arsenał został wyczyszczony co do ostatniej sztuki.
Karol oświadczył, że ekwipuje swą gwardię przyboczną, co zostało przyjęte jako doskonały dowcip.
Natychmiast po zapakowaniu i załadowaniu towaru opuścił Laramie.
Później, już w górach Wielkiego Rogu, razem z Toimniża poddali dokładnym oględzinom przywiezioną broń. Była w doskonałym stanie. Odtąd Toimniża zabierał po trzy, cztery sztuki, odjeżdżał na swoim mustangu i wracał po kilku dniach. Powtarzało się to kilkakrotnie, póki ostatnia sztuka nie została wywieziona.
Dokąd O to Karol nie pytał.
Na południe!
Tak właśnie przedstawiała się historia dni ubiegłych. Tych bardzo dawnych, tych dawnych i ostatnich paru tygodni.
Toimniża wywiózł zakupioną broń, odjechał, nie zapowiadając rychłego powrotu. Sezon polowań na futra skończył się, a mięsa Karol nie potrzebował wiele. Niekiedy miał go aż zbyt dużo. Jeśli nie wytropił zająca czy stadka dzikich indyków, strzelał do antylopy, łosia lub wielkorogiego barana. Ale cóż miał poczynać z tak wielką ilością jedzenia, które w cieple wiosennych dni i nocy ulegało szybkiemu zepsuciu Krajał więc mięso na pasy i — nauczony przez Toimniża — suszył je. Była to robota żmudna i mało pożyteczna w okolicy, gdzie roiło się od zwierzyny. Stos wysuszonych pasków rósł, a Karol krzepił się tylko nadzieją, że kiedyś ten „żelazny zapas" zostanie wykorzystany. Aż nadszedł taki dzień. O szarym przedświcie, gdy drzemały łąki i lasy, Karol wypchał juki suszonym mięsem i znajomym szlakiem zjechał ku dolinom. Co go do tego skłoniło“(11)